piątek, 27 września 2013

Ciekawsza lekcja historii - "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały"

            Jak opowiedzieć obrazem o Powstaniu Warszawskim tak, aby wbić w kinowe fotele stroniącą od historii młodzież? Na to pytanie odpowiada Ireneusz Dobrowolski w swoim najnowszym filmie fabularnym, pt. „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”.
            Szczerze mówiąc, obawiałam się, że oto mamy jeszcze jeden album z archiwalnymi zdjęciami i nagraniami, wzbogacony o recytowanie podręcznika do historii w tle. Albo – co gorsza – następną produkcję wykorzystującą historyczne tło do zatuszowania beznadziejności głównych wątków czy popisania się technologią 3D (jak choćby „1920 Bitwa Warszawska”). Jestem jednak mile zaskoczona.
            Dzień, który mógłby być dniem wczorajszym, dzisiejszym czy jutrzejszym. Ruiny przedwojennej kamienicy. Budowlańcy odnajdują w nich ludzkie szczątki, biało-czerwoną opaskę i… książkę, która okazuje się być  pamiętnikiem z czasów Powstania Warszawskiego. Znalezisko staje się ramą opowieści o siedemnastoletniej sanitariuszce Basi – pełnej młodzieńczego entuzjazmu, zakochanej, gotowej walczyć za ojczyznę. Jednak cały film jest przeplatanką jeszcze kilku innych wątków. Mamy postacie takie jak ukrywający się, tajemniczy staruszek (w czasie Powstania) czy bezwzględnych inwestorów, chcących – dla dobra swoich interesów – za wszelką cenę zataić odnalezienie „pamiątek” po wojnie (wątek dotyczący współczesności). Pojawiają się też chwytające za serce, autentyczne ujęcia z Powstania oraz… raperzy z Hemp Gru, stojący na straży historycznej prawdy.
            Film spotkał się w Internecie z wieloma krytycznymi opiniami. Ich autorzy zarzucają chaotyczność i banalność. Nie potrafię się z tym zgodzić. Co do „chaotyczności”, jest ona raczej zaletą – dzięki przeplatanym ujęciom widz się nie nudzi i cały czas uważnie śledzi, co dzieje się na ekranie; płyniemy z nurtem historii Basi i jej przyjaciół oraz warszawskiego inżyniera, robiąc przystanki dzięki czarno-białym, starym obrazom i raperom. Banalność? A po co serwować ludziom ciężkostrawną porcję głębokich refleksji? „Sierpniowe niebo” to idealny przykład na to, że coś prostego w oryginalnym opakowaniu staje się bardzo atrakcyjne.  

            Uważam, że film zasługuje na pozytywną ocenę. Ogromny plus przede wszystkim za to, że jest on bardzo ciekawą, wymowną lekcją historii dla młodych Polaków. O ile podczas szkolnych zajęć uczniowie jednym uchem wpuszczają, a drugim wypuszczają słowa nauczyciela, o tyle z tych 75 minut spędzonych w kinie mogą wynieść naprawdę wiele. Najlepszym tego dowodem są brawa, które rozległy się po zakończonej projekcji.

piątek, 14 czerwca 2013

Książka - mózgotrzep

          Ostatnio wpadła mi w ręce dość opasła (470 stron) książka niejakiego Tomka Tryzny, pt. "Panna Nikt". Tytuł nie był mi obcy - miałam okazję oglądać fragmenty filmu, który powstał na podstawie powieści. Ale te kilka scen niespecjalnie mnie przekonały. Dlatego i książka jakby mnie parzyła. Dałam jej jednak szansę (jak na krytyka przystało). Tym bardziej, że... to dzieło zostało wysoko ocenione przez samego Czesława Miłosza. Otworzyłam, zaczęłam czytać...
          Zaczęło się ciepłymi kluchami - dziewczynka o imieniu Marysia,  pomagająca swojej mamie w, tak to nazwijmy, pracach polowych. "Jest wiosna. Cały dzień słoneczko ślicznie pali". Gdzieś w tle młodsze rodzeństwo: bliźniaczki - Zosia i Krysia, Tadziu - rozrabiaka i Zenuś - niewidomy niemowlak. Rodzina dostaje nowe mieszkanie w Wałbrzychu, na osiedlu Piaskowa Wola. Ma być ono biletem do lepszego życia, do komfortu, którego brakuje na wsi. 
          Czy tak brzmi dobry wstęp? No, mnie osobiście nie przekonał. Przeczuwałam, co wydarzy się dalej - Marysia pójdzie do nowej szkoły w Wałbrzychu, będzie się tam czuła samotna, nie znajdzie przyjaciół i przeżyje swój osobisty kryzys, będący tragedią, gdy ma się -naście lat. Ale co mi tam - po 35 stronach dałam "Pannie Nikt" kolejną szansę. I nie żałuję...
          Marysia szybko jednak znajduje przyjaciółkę - Kasię. Dziewczyna, która staje się dla bohaterki jak siostra, to indywidualność w całej swej okazałości - nosi cygański strój, do szkoły przychodzi tylko wówczas, gdy ma na to ochotę, komponuje własne, niebanalne utwory. Swą osobowością porywa Marysię i zabiera do krainy hipnotyzującej muzyki, z dala od rodziny i szarej, szkolnej codzienności. 
          Później pojawia się Ewa - dziewczyna z tej samej klasy. Jeździ na motorze, ma czarującą urodę, bogatych, wyluzowanych rodziców i prowadzi życie bez zobowiązań. Gdy tylko dochodzi do "kryzysu" w przyjaźni Marysi i Kasi, Ewa natychmiast pojawia się obok pierwszej z nich. Pokazuje jej świat make upu, uwodzenia mężczyzn, drogich ubrań i bezwzględnego podążania drogą młodzieńczych szaleństw. Zafascynowana nową przyjaciółką Marysia, warstwą makijażu zabija prostą dziewczynę ze wsi, niegdyś szanującą swoich rodziców i mającą plan na życie. Pozwala sobie na coraz więcej, nie dostrzegając, gdy traci własne ja. 
          W pewnym momencie znów pojawia się Kasia. Marysi wydaje się, że mając przy sobie dwie kochające "siostry" będzie mogła wybrać jedną z nich, niczym czekoladę ze sklepowej półki. Ma nadzieję, że w końcu odnajdzie swoje jestestwo, złoty środek. Jednakże dwie najbliższe jej osoby okazują się być kimś zupełnie innym i doprowadzają Marysię do zguby...
          Każdy kolejny rozdział przynosi szereg niespodziewanych zwrotów wydarzeń. W tym kwintesencja, że akcja wcale nie jest wartka - wręcz przeciwnie. A mimo tego pan Tryzna zdołał w wolnym tempie przeprowadzić czytelnika przez drogę niespodzianek. 
          Do zalet zaliczam również język - prosty, jak na prostą dziewczynę ze wsi przystało. Jednocześnie w momentach, w których poznajemy Marysię jako marzycielkę, da się zauważyć różnicę w narracji. Interpretuję to jako niebezpośrednie pokazanie kołowrotka, jakim jest umysł nastolatki - najpierw normalna dziewczyna, później wrażliwa artystka, i tak na zmianę. Za to duży plus!
          Jest tylko jeden problem z tą książką... Skończyłam czytać i... nie wiedziałam, co się dzieje i co to miało być. Jak hipnoza, jak silne uderzenie w głowę, no nie wiem, jak to określić. Ta powieść zwyczajnie - jak to ujmuję - zeżarła mi mózg. Nie wiedziałam, co o niej powiedzieć, jak ją ocenić. Dlatego wstrzymałam się z recenzją w nadziei, że po paru dniach przemyśleń jakoś to ogarnę. Ale średnio w tej kwestii. Nadal ciężko mi powiedzieć, dla kogo książka została napisana. Dla nastolatków, jako przestroga przed fałszywymi przyjaciółmi? No... trochę tak. Z tym że - powiem tak szczerze - nie wydaje mi się, żeby przeciętna rówieśniczka głównej bohaterki przebrnęła przez powieść i idealnie zrozumiała intencje autora. W takim razie być może "Panna Nikt" to trochę taka przestroga dla rodziców, by więcej uwagi poświęcali swym dorastającym dzieciom? W pewnym stopniu może i tak. I wreszcie trzecia z moich koncepcji - to po prostu wędrówka przez meandry ludzkiej psychiki dla każdego, kto potrzebuje literackiego uderzenia w głowę i zmuszenia się do przemyślenia paru spraw. A że bohaterką jest nastolatka, to właśnie jest idealny pryzmat, by spojrzeć odpowiednio na pewne rzeczy. 

sobota, 11 maja 2013

Wyobraź to sobie - recenzja "Imagine"


Andrzej Jakimowski, reżyser „Sztuczek” i „Zmruż oczy” tym razem serwuje nam produkcję będącą dzieckiem współpracy z Francją, Portugalią i Wielką Brytanią. Gdyby chcieć jak najprościej określić tematykę „Imagine”, wystarczyłoby powiedzieć: film o niewidomych. To wyjaśnia nam wszystko i jednocześnie nic. Dzieło należy bowiem do tych, których kwintesencję czujemy, lecz nie potrafimy o niej opowiedzieć. Dlatego określenie „film o niewidomych” aż się prosi, by coś do tego dopowiedzieć…
                Ian  (Edward Hogg), niewidomy anglik, przybywa do Lizbony, do ośrodka dla osób, tak jak on, pozbawionych zmysłu wzroku. Ma nauczać ociemniałe dzieci, jak radzić sobie z problemami wynikającymi z oczywistego powodu. Jako że stosuje nieprzeciętną metodę wykorzystywania echolokacji, spotyka się ze sceptycznym nastawieniem zarządców ośrodka i samych pacjentów. Trudno im uwierzyć, że niewidomy może poruszać się po mieście jak każdy obywatel, bez użycia laski. Ian bowiem tego właśnie pragnie – nie być wrzucanym do worka z napisem „inny” czy „potrzebujący”. Wierzy, że brak zmysłu wzroku w pełni rekompensuje mu słuch, dotyk i wyobraźnia. Fakt, że pracownicy ośrodka uważają ludzi niewidomych za ułomnych, prowadzi do nieuniknionego konfliktu…
                W tę historię wpleciony jest również wątek miłosny. Zamieszkująca zakład, także niewidoma Eva (Alexandra Maria Lara) marzy o tym, by posiąść takie zdolności, jak Ian. „Chcę chodzić bez laski, tak jak ty!", mówi , “Bo kiedy idę z laską, ludzie mnie popychają, szarpią na wszystkie strony, chcąc pomagać na siłę”. Rodzi się między nimi uczucie. Rozumieją się nawzajem, tak jak nie jest w stanie zrozumieć ich reszta świata. Historia tych dwojga przynosi ulgę wszystkim widzom znudzonym tandetnymi romansidłami, które widzimy w niemal co drugim polskim filmie. Jakimowski oszczędził tutaj zbędnych uniesień i namiętności – przedstawił miłość w subtelnym wydaniu, jakiego potrzebuje współczesne kino.
                Cały film to delikatna gra zmysłów. Sam tytuł, który w tłumaczeniu z języka angielskiego oznacza wyobrażać sobie, jest dla widza wskazówką, jak należy tę produkcję obejrzeć. Niesamowite jest, że choć my widzimy bohaterów i to, co ich otacza, to mamy wrażenie przynależności do świata niewidomego Iana i Evy. Nie bez znaczenia jest tu mistrzowska żonglerka obrazami, której Jakimowski używa jako klucza dla widzów do zrozumienia dzieła. Ucztą dla ucha jest z kolei muzyka Tomasza Gąssowskiego. Wszystko to zespala się w niesamowitą rzeczywistość, której dotknąć możemy jedynie wyobraźnią.
                „Imagine” bez wątpienia można polecić wszystkim, którzy dość mają siedzenia w kinie z podpartym łokciem i beznamiętnego śledzenia coraz to nowych, prostych, nudnych historii. Ta produkcja to miła odmiana i – przede wszystkim – świetna gimnastyka dla naszej wyobraźni.

środa, 1 maja 2013

Szekspir w popkulturze

Ponieważ obiecałam paru osobom, zamieszczam swój esej, pt. "Szekspir w popkulturze", który... został nagrodzony pierwszym miejscem w konkursie organizowanym przez WSBiP oraz OTN, podczas II Ostrowieckich Spotkań Szekspirowskich. Jestem tym mile zaskoczona. Tym bardziej, że sama nie byłam szalenie zadowolona z tej pracy, bo mocno ograniczała mnie dozwolona ilość znaków (8000, o ile dobrze pamiętam). Tak czy siak, jest to dla mnie sukces. Wreszcie ogłoszono jakiś konkurs idealny dla mnie, w którym miałam pole do popisu. :D
Poza tym, Spotkania Szekspirowskie to fajna sprawa. Trzeba młodzież uświadamiać, że autor "Romea i Julii" nie powinien być przez nas postrzegany jako szesnastowieczny nudziarz i upierdliwiec, przez którego musimy męczyć się z beznadziejnymi lekturami. I trzeba też uświadamiać, że wszyscy młodzi anty-fani pisarza ze Stratford to w gruncie rzeczy hipokryci, bo są fanami współczesnych popkulturowych dzieł inspirowanych twórczością faceta w rajtuzach. Nie można nie kochać Szekspira, kochając "Króla Lwa" czy "Salę Samobójców". Nie trzeba katować swoich szarych komórek, próbując odkryć sens któregoś z szekspirowskich dramatów. Szekspir jest wszędzie, wystarczy się rozejrzeć. I to właśnie chciałam udowodnić...

"Czymże jest nazwa? To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równie by pachniało."1
William Szekspir

Angielski dramatopisarz, William Szekspir, zyskał uznanie na całym świecie. Jest prawdopodobnie najczęściej cytowanym artystą, nie tylko w krajach anglojęzycznych. Często nie zdajemy sobie sprawy, że to autor wielu powszechnie używanych przez nas powiedzeń. Jego sztuki od dawna inspirują innych twórców. Na przełomie ostatnich lat kultura masowa wiele razy sięgała do szekspirowskich dzieł. Ich ponadczasowość sprawia, że popkultura serwuje nam najróżniejsze formy interpretacji twórczości pisarza.
Kino od początków swego istnienia  odwoływało się do Szekspira. Pierwsza adaptacja jego dzieła – Król Jan – została zrealizowana w 1899 roku przez Brytyjczyków i trwała 3 minuty. Do dziś powstało ponad 400 pełnometrażowych filmów, opartych na utworach pisarza ze Stratford. Najchętniej filmowcy sięgają po Romea i Julię (38 ekranizacji).
Można polemizować, która z reżyserskich wizji Szekspira jest najciekawsza. To już osobista kwestia każdego odbiorcy. Miłośnikom filmu akcji z pewnością przypadnie do gustu wersja Romea i Julii wyreżyserowana przez B. Luhrmann`a. Rzecz dzieje się w Verona Beach, gdzie rządzą dwie skłócone rodziny i związane z nimi gangi. Mimo iż akcja została przeniesiona do współczesności, między bohaterami toczą się oryginalne dialogi pochodzące z dramatu.
            Podobny pomysł wykorzystał Andrzej Bartkowiak w filmie, pt. Romeo musi umrzeć. Jest to historia dwóch żyjących w konflikcie rodzin.  Azjatycka i afro-amerykańska mafia: obie dążą do przejęcia władzy na ulicach Oakland. Współczesne Los Angeles zdecydowanie odbiega od wyobrażeń o szesnastowiecznej Weronie, a walki kung-fu i strzelaniny nie przypominają pojedynków na szpady. Mimo to szekspirowski wątek jest wyraźnie zaznaczony i nie trzeba dogłębnie badać tragedii, by znaleźć ją w filmie. 
Bartkowiak powiedział, że Romeo musi umrzeć. Kelly Asbury w filmie Gnomeo i Julia zdecydowanie zaprzeczył. Parę zakochanych przedstawicieli dwóch zwaśnionych rodów reżyser osadził w animowanych ogrodach i uczynił ją porcelanowymi krasnalami. W ten sposób tragedia nabrała pastelowych barw i stała się bajką z morałem. Podczas gdy najsłynniejsze dzieło Szekspira wyciska czytelnikom łzy wzruszenia, Gnomeo i Julia sprawia, że płaczemy ze śmiechu. Starsi wzdychają nad tragicznym zakończeniem zakazanej miłości, najmłodsi zaś, dzięki historii z happy endem dowiadują się, że prawdziwe uczucie jest w stanie pokonać każdą barierę.
            Wydawałoby się, że filmowcy posiłkują się jedynie historią Romea i Julii. Tymczasem Jan Komasa w 2011 roku wplątał w swoje dzieło obrazujące problemy młodych ludzi postać szekspirowskiego Hamleta. Sala samobójców to historia 18-letniego Dominika, który zostaje upokorzony na Facebooku przez swoich znajomych. Wtedy zaczepia go w sieci tajemnicza dziewczyna. Wprowadza chłopaka do swojego wirtualnego świata Awatarów, z którego nie ma powrotu do normalnego życia. Ile Hamleta jest w filmowym bohaterze?
            Obaj dążyli do prawdy – Hamlet chciał zdemaskować hipokryzję stryja i go ukarać, Dominik zaś pragnął zrozumienia siebie samego, później, pod wpływem poznanej w sieci Sylwii, również zemsty na rówieśnikach, którzy byli jego psychicznymi oprawcami. Obaj w imię prawdy wyrzekają się swego statecznego życia oraz dobrej pozycji społecznej, pędzą drogą szaleństwa, która okazuje się być ślepą uliczką, prowadzącą do śmierci. Łączą ich także problemy w relacjach matka-syn. Niejednokrotnie też pojawiają się w Sali samobójców bezpośrednie nawiązania do dramatu (np. w jednej z pierwszych scen Dominik, jadąc do szkoły, czyta Hamleta, a podczas studniówki dyrektor wtrąca do swego przemówienia kwestię Poloniusa).
            Tak jak animowaną wersją Romea i Julii jest Gnomeo i Julia, tak Król Lew jest skierowaną do najmłodszych wersją Hamleta. Zamiast duńskiego księcia, główną postacią jest lew o imieniu Simba – syn Mufasy, władcy afrykańskich równin. Rolę stryja-mordercy pełni lew Skaza. Przygody kreskówkowych zwierząt są bardzo podobne do wydarzeń ukazanych w Hamlecie. Jak widać, nawet w jednym z najpopularniejszych hitów Disneya żyje Szekspir.
Mówi się, że w Internecie jest wszystko. Nie ma więc żadnego problemu, gdy w zakładce Grafika w Google wpiszemy Romeo i Julia Besty, Hamlet Demotywatory, itp. Przed naszymi oczami pojawią się dziesiątki dzieł internautów.
            Najwięcej aluzji jest oczywiście do Romea i Julii.  Wiele z nich to wyraz buntu stroniących od książek uczniów, którzy zostali „zmuszeni” do sięgnięcia po dzieło Szekspira przez nauczycieli języka polskiego.2  Demotywatory stały się głosem młodych Polaków, również w dziedzinie literatury (niekoniecznie pochlebnym głosem). Nic dziwnego, że „oberwało się” też Szekspirowi. Nie znajdziemy wielu romantyków wzdychających nad losami Romea i Julii, wśród nastolatków spędzających całe godziny przed komputerami. Znajdziemy natomiast niejednego buntownika, który zechce powiedzieć całemu światu, co sądzi o lekturze.
                        Internauci chętnie nawiązują do słynnych słów pochodzących z Hamleta: „Być albo nie być – oto jest pytanie”. Często są to memy pół żartem-pół serio.3 Są jednak i takie, które nie mają żadnych podtekstów. Oczywiście jest ich zdecydowanie mniej, ale świadczą o tym, że mimo wszystko i przeciętnego Kowalskiego Szekspir może inspirować 4.
                O wiele trudniej znaleźć w Internecie nawiązania do Makbeta, Snu nocy letniej i innych, mniej znanych sztuk Szekspira.
            Pisarz ze Stratford ma swoje miejsce także w świecie muzyki. Niejednokrotnie pojawia się w baletach i operach. W przeciwieństwie do filmu czy memów, tutaj twórcy chętniej sięgają po mniej znane dzieła, np. Cole Porter wykorzystał Poskromienie złośnicy do napisania musicalu Pocałuj mnie, Kasiu. Takich przykładów można wymienić bardzo wiele.
Warto wspomnieć też o udziale poety w muzyce komercyjnej. Love Story to utwór amerykańskiej piosenkarki i autorki tekstów Taylor Swift. Wciela się ona w Julię, tęskniącą za Romeem. „Cukierkowy” klimat piosenki przedstawia miłość między bohaterami w iście romantycznym świetle. Tragizm został zastąpiony tęsknotą i namiętnością.
Chyba najbardziej pretensjonalną muzyczną interpretacją najsłynniejszego dramatopisarza są rapowe klipy, które można znaleźć na YouTube. Oczywiście żaden z ich autorów nie był na tyle wytrwały, by wyrapować jednym tchem całego Makbeta. Są to raczej luźne rymowanki pół żartem-pół serio. Pojawiają się w nich oryginalne kwestie z dzieł Szekspira.
Ale to nie wszystko! Artysta znalazł się również w… komiksie. Kill Shakespeare to limitowana seria, której autorami są Anthony Del Col i Conor McCreery. Receptura tej historii to postacie z kilku szekspirowskich dzieł (pojawiają się m.in. Hamlet, Romeo, Julia, Otello, król Ryszard III) wrzucone do jednego, rysunkowego świata.  
Można bez końca wymieniać przykłady obecności Williama Szekspira w kulturze popularnej; cytując nazwę pewnego bloga – „Szekspir trzęsie światem”. To, co pisarz ze Stratford stworzył w swojej wyobraźni i uwolnił w postaci wersów, stało się ważną cząstką świata współczesnego. Nie ma też przeszkody w tym, że człowiek XXI wieku przeważnie ma problemy z „przetrawieniem” języka tamtej epoki. Nie ma, ponieważ to, o czym pisał artysta, jest nieśmiertelne – prawdy zawarte w jego dziełach można przetwarzać na miliony sposobów i jedyne, co nas w tym ogranicza, to wyobraźnia. Szekspir może być raperem, Romeo i Julia krasnalami ogrodowymi, a Hamlet zbuntowanym nastolatkiem „Emo” lub lwem – i nie obedrze to utworów dramatopisarza z ich wartości.

sobota, 23 marca 2013

Recenzja filmu "Nieulotne"

No i mam kolejny mały sukces w Klubie Filmowym. :)
Na stronie kina pojawiła się moja recenzja filmu "Nieulotne".

WYPACZENIE CZY WYPADEK PRZY PRACY?


Widzowie zachwyceni wyreżyserowanym w 2009 r. przez Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham” zapewne pokładali ogromne nadzieje w jego najnowszej produkcji. Dodatkowym „wabikiem” stał się również pierwszoplanowy duet aktorski – gwiazda „Sali samobójców” i „Yumy” – Jakub Gierszał oraz Magdalena Berus, która zadebiutowała fantastyczną rolą w „Bejbi Blues”. Z przykrością muszę niestety powiedzieć, że „Nieulotne” okazał się kompletną klapą…
                Plus można przyznać za zdjęcia. Pierwsza część filmu zapowiadała się naprawdę nieźle. Krajobrazy gorącej Hiszpanii działały na oglądających wręcz magnetyzująco. Wisienką na torcie był kulminacyjny punkt historii – mrożąca krew w żyłach przygoda Michała (Gierszał). W tym momencie czar rzucony przez Borcucha pryska… Bohaterowie przenoszą się do Polski . Można byłoby wybaczyć brak hiszpańskiej magii ulicom polskiego miasta, jednak ulatuje też wszystko, co zainteresowało widza losami Kariny (Berus) i Michała. Tempo akcji jakby zwalnia. Poza tym można odnieść wrażenie, że Borcuch tylko biega za parą z kamerą i dokumentuje jej „szarą” codzienność, od rana do wieczora. Dlatego właśnie oglądanie robi się najzwyczajniej męczące. Jeżeli  „spowolnienie” filmu było celowe, to niestety reżyser zdecydowanie nie trafił z tym pomysłem.
                Innym powodem, dla którego tak trudno było przebrnąć przez „Nieulotne”, mogły być „nudne” kadry. Kiedy widzieliśmy słońce, lato, Hiszpanię, być może nie zwracaliśmy na to zbyt dużej uwagi, ale później dało się zauważyć, że zdecydowana większość ujęć została sfilmowana w planie bliskim lub zbliżeniu. A to bardzo drażniło i nudziło widza. Oczywiście osoby mające inne poczucie estetyki mogą uznać, że taki sposób kręcenia jest właśnie zaletą filmu. Ja jednak jestem na NIE.
                „Nieulotne” ratowały dwie rzeczy. Pierwsza - gra Magdaleny Bierus i Jakuba Gierszała. Co do Gierszała – jednak lepiej oglądało się go w „Yumie” i „Wszystko, co kocham”. Nie można powiedzieć, że i tym razem nie pokazał, na co go stać, jednak mógł wycisnąć z roli Michała jeszcze więcej. Berus zaś nie wykroczyła ponad to, co widzieliśmy w „Bejbi blues”.
Drugim „kołem ratunkowym” była muzyka Daniela Blooma. To, co niemiłe było dla oczu, łagodzone było tym, co miłe dla ucha. Jego praca nie straciła na świetności pokazanej we „Wszystko, co kocham”.
                Cóż, niestety, mamy kolejny polski film-wydmuszkę – okrzyknięty, świetnie rekomendowany, dobrych aktorów i muzykę, wspaniałą, wciągającą historię i … kiepską realizację tego wszystkiego. Boli to tym bardziej, że zawiódł nas tak rewelacyjny reżyser – twórca brawurowego obrazu młodych Polaków „Wszystko, co kocham”. Pozostaje nam mieć nadzieję, że „Nieulotne” to tylko drobny „wypadek przy pracy”, a nie wypaczenie artysty…


Recenzja na stronie "Etiudy" tutaj: KLIK

W najbliższym czasie postaram się zamieścić tutaj esej "Szekspir w popkulturze". Piszę go na konkurs. Największym problemem jest... ilość znaków. Przekroczyłam ją o całe 1000. No i trzeba, niestety, trochę to skrócić. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Życzenia i życzenie specjalne Kilera

EDIT: Kiler znalazł dom!!! :D


Zanim złożę świąteczne życzenia, chcę Wam przedstawić pewnego wyjątkowego schroniaka z Krakowa, który w Wigilię zapewne życzyłby sobie dobrego, ciepłego domku...
Kiler nie ma żadnej poruszającej historii, nie wyróżnia się też wyglądem. Ot, zwykły, bury pies jakich wiele. Trafił do schroniska nie wiadomo skąd, zamieszkał w jednym z boksów i siedzi tam, niezauważany przez nikogo, już prawie od 4 lat.
Kiler nie jest już młody- ma około 8-9 lat. Jest średniej wielkości, zbliżonej do amstaffa budowy psem o krótkiej, ale gęstej brązowej sierści i klapniętych uszach. Jedynym co wyróżnia go z tłumu podobnych czworonogów jest szeroki, typowy dla ras bullowatych, uśmiech, który pojawia się na jego pysku na widok znajomej twarzy czy perspektywy spaceru. I oczy, piękne, bursztynowe oczy, które pomimo tylu lat spędzonych za kratami wciąż są pełne blasku i nadziei.
Kiluś mimo zobowiązującego imienia jest 'słodziakiem' jakich mało. Wystarczy odrobina poświęconej mu uwagi, a on chętnie przytula się i rozdaje buziaki. Po kilku spacerach przywiązuje się do człowieka i jest w niego wpatrzony praktycznie non stop. Kilut należy do psów bardzo przyjacielskich, a przy okazji łakomych, dzięki czemu łatwo uczyć go nowych zachowań. Za kawałek kiełbaski czy psiego smakołyka siada na komendę i daje łapę, a nawet dwie na raz. Uwielbia biegać, skakać za kijkiem, czy przeciągać się nim- byleby uczestniczył w tym dwunożny przyjaciel.
Kiler ładnie chodzi na smyczy, zwykle nie ciągnie. Na inne psy raczej nie zwraca uwagi, czasem wykaże nimi zainteresowanie, jednak nigdy nie zachowywał się w stosunku do innych czworonogów agresywnie, jednak to jest jeszcze do sprawdzenia



Kontakt w sprawie adopcji: avaloth@interia.pl
Tekst i zdjęcia: Dogomania.pl








To teraz mogę Wam życzyć zdowych, spokojnych, radosnych świąt Bożego Narodzenia oraz wiele pomyślności w nadchodzącym roku. :)


sobota, 22 grudnia 2012

Od jednej Apokalipsy do drugiej


Oglądam „Wydarzenia” na Polsacie i dowiaduję się, że… jakiś facet stwierdza, że należy wprowadzić zmiany (uproszczenie) w polskiej ortografii. Powody? Głównym jest fakt, że dzieci w szkole i dorośli dyslektycy sobie z nią nie radzą.
                Litości! Przyszło mi żyć w kraju, w którym kochani rodacy chcą deptać język – świadectwo naszej historii, naszej kultury, nas samych – i to dlaczego! Dlatego, że (przepraszam) gówniarzeria z podstawówki marudzi, że trzeba się uczyć, kiedy pisać „ż”, a kiedy „rz”. Padłam już całkiem, kiedy padło stwierdzenie, że przez naukę ortografii dzieci nie mają czasu na inne przedmioty. Ha! Pewnie, że nie mają – jeśli kochający rodzice pozwalają im spędzać całe godziny przed komputerem na Wyspie Gier, no to przecież trzeba wycelować w innego winowajcę – padło na naszą nieszczęsną ortografię. No, ręce opadają! Aż nasuwa się retoryczne pytanie – jaka będzie przyszłość tego narodu? Internet jest fajniejszy niż czytanie O psie, który jeździł koleją. Łatwiej nasze kochane „ó” pogrzebać niż przyznać, że dzieciary są teraz m a s a k r y c z n i e rozkapryszone i rosną z nich (przepraszam najmocniej) „puści” idioci, których za każdym razem można usprawiedliwić i problemu doszukać się nawet w polszczyźnie.
                A gdzie duch patriotyczny?! Gdzie szacunek dla historii?! Gdzie dbałość o „korzenie”?! Czy dzieciary w ogóle będą mieć minimalne pojęcie o sensie tych słów? Nie ma się co cieszyć, że obliczenia Majów co do zagłady się nie sprawdziły – koniec świata to będzie wtedy, jeśli takich (przepraszam) idiotów będzie tak wielu, że ten głupi pomysł znajdzie zastosowanie w praktyce. Na pewno będzie to koniec polskiej ortografii…
                Coraz bardziej mam ochotę zrezygnować z dziennikarstwa i zostać polonistką – surową, wymagającą, „bezlitosną” polonistką, robiącą non stop dyktanda i czepiającą się każdego przecinka. Ale gdybym, sprawdzając pracę pisemną jakiegoś smarkacza, musiała znosić górka przez „u” i nie mogąc zamazać tego czerwonym długopisem, to na pewno wyskoczyłabym z okna szkolnego budynku.

czwartek, 20 grudnia 2012

Z okazji końca świata...

Rany... kiedy ja tu pisałam... :O Tak się zajęłam blogiem fotograficznym, że przestałam "odkurzać" tego. Ale - zgodnie z tytułem - z okazji końca świata coś napiszę, ha, ha!
 
Tak na serio - przeraża mnie ludzki idiotyzm. Mam w tej chwili na myśli nie przepowiednię Majów, a... ostrowiecką "dziurę". Kiedy w środę rano dotarła do mnie w szkole wiadomość o osuwisku na Polnej, nie sądziłam, że po południu już cała Polska będzie wiedzieć, że Ostrowiec jest dziurawy jak ser. I że stanie się to medialną sensacją.
Byłam w tamtym miejscu (po drodze, idąc do Hufca, znajdującego się przy PG2) i fakt - wygląda to m a s a k r y c z n i e ! Naprawdę, współczuję wszystkim, którzy przez ten żywioł stracili swój dobytek i musieli się męczyć bez wody i ogrzewania. Nic przyjemnego. Jednak nie mogę zrozumieć paru rzeczy...
Po pierwsze, ciekawscy ludzie - wczoraj tylu było tych gapiów, że głowa mała. I nic dziwnego, że zirytowany policjant zadał im logiczne pytanie: To taras widokowy czy ulica?
Po drugie, media. Na miejscu "warowały" samochody: TVP, Polsatu i TVN-u. A kiedy wróciłam do domu, w każdym serwisie informacyjnym jako news dnia zaserwowano relację z Polnej. I tym sposobem - jak to ktoś na forum Ostrowca napisał - teraz, jeśli padnie nazwa `Ostrowiec`, to pierwszym skojarzeniem będzie Aaa, to tam, gdzie ta dziura!
Po trzecie, internetowa sława. O artykułach na Onecie itp. nawet nie wspomnę. Ale że wyrwa trafiła na BESTY, to szok! A jeszcze większy szok i facepalm, gdy na Facebooku trafiasz na...


Boże, widzisz i nie grzmisz...

Dowcipy/"suchary" też już są:
"Ostrowczanie są zdołowani"
"Metro robią!"

Taa... koniec świata. Fakt, to już jutro! Ostatni koniec świata przespałam, w ten prawdopodnie będę miała Wigilię klasową, ewentualnie będę iść na Polną do Hufca, zanieść formularz na WOŚP, ewentualnie odbierać zdjęcia od fotografa.

Aż mi przychodzi na myśl wiersz Miłosza, omawiany w gimnazjum. Szczególnie ostatnia strofa.

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.



Z tym lirycznym akcentem życzę wszystkim udanej Apokalipsy ;)

niedziela, 21 października 2012

Pomoc dla Czesia!!!

Pamiętacie, jak swego czasu robiłam na blogu reklamę bezdomnym psiakom? Wstyd mi, że teraz tego nie robię. Muszę się poprawić...

Dzisiaj przedstawiam Wam pewnego owczara z pewnym - bardzo poważnym - problemem...

Tutaj event na Facebooku:
http://www.facebook.com/events/460372000669697/

Boli mnie cholernie, że zwierzę tak pokrzywdzone przez los - poważnie zdeformowaną łapką - musiało na domiar doświadczyć złego od człowieka. Jest świetnym stworzeniem -  o urodzie nie muszę nic mówić, bo zdjęcia wyrażają więcej niż tysiąc słów, ale w dodatku jego usposobienie... Mimo swojego kalectwa jest żywiołowy, radosny, śmieją się, że ma ADHD. To jeszcze młodzienias. Każdy szczeniak zasługuje na dom. Każdy szczeniak zasługuje na szansę, by raz w życiu pogryźć właścicielowi kapcie i sznurówki. Każdy szczeniak zasługuje na zabawę. Każdy szczeniak zasługuje na kogoś, u kogo mógłby zasnąć na kolanach. Każdemu szczeniakowi to bezwzględnie się należy! Bo szczeniak to najniewinniejsza istota na Ziemi...
Cześ jest takim już wyrośniętym szczeniakiem, ale doświadczył już tyle zła, że winien przeżyć swoje szczenieństwo raz jeszcze. Ze zdrową łapką. A jeśli to nie jest możliwe, to przynajmniej z kochającym właścicielem...
 
 
 
 
To oczywiste - nie każdy jest w stanie zapewnić mu u siebie domu, nie każdy może dokonać wpłaty na pomoc dla niego. Ale k a ż d y może dać mu rozgłos poprzez Facebooka, bloga, znajomych. Każda pomoc jest dobra. Im więcej osób się o nim dowie, tym większe prawdopodobieństwo znalezienia mu nowego domu. Zatem do dzieła, ludziska!

piątek, 19 października 2012

Pisanie daje nie tylko radość

Jak w tytule stwierdzam - pisanie daje nie tylko radość, bo można łączyć przyjemne z pożytecznym, prawda? Nie wiem, czy udział w konkursie na napisanie najlepszej recenzji można nazwać bardzo pożytecznym, ale na pewno satysfakcjonującym. Złaszcza gdy niespodziewanie się ten konkurs wygrywa i za tydzień czytasz swoje "wypociny" w gazecie...
A co tam, pochwalę się:
 
Chwalę się, żeby pokazać, że:
- nie próżnuję i cały czas piszę, mimo że na bloga czasu nie mam,
- dzięki swoim pasjom można coś osiągnąć.
 
Znacie tę recenzję z poprzedniego wpisu. Nie liczyłam, że mam jakieś szanse w tym konkursie, bo - co ciekawe - pisałam to "na szybko". Cóż, życie zaskakuje.
 
A ten wycinek na pewno sobie zachowam - pierwszy taki sukces :)

 
 
Druga nagroda to koszulka z "Jesteś Bogiem". Koszulka jak koszulka. Najbardziej podoba mi się cytat z kawałka PKF "Znikam" z tyłu:
 
 
 
Dobra, koniec chwalenia! Co za dużo, to nie zdrowo. Teraz czekajcie na kolejne recenzje na blogu :)


niedziela, 7 października 2012

Legenda polskiego hip-hopu wskrzeszona na ekranie

Dobra, dzisiaj kolejna recenzja, napisana przeze mnie w ramach uczestnictwa w SKF-ie. Tym razem "Jesteś Bogiem". Miłego czytania :)


            Żeby pokazać na dużym ekranie historię legendarnej Paktofoniki i wbić nią w kinowe fotele tysiące widzów, pomysłodawca scenariusza – Maciej Pisuk – musiał przebyć naprawdę długą i wyboistą drogę. W wypadku filmu „Jesteś Bogiem” określenie „długo oczekiwany” zyskuje szczególny wymiar, bowiem potrzeba było niespełna dziesięciu lat, by gotowe dzieło ujrzało światło dzienne… Oprócz znalezienia producenta, który nie oczekiwałby wprowadzenia zmian w scenariuszu (a tym samym zbezczeszczenia tego, co chciał powiedzieć poprzez film artysta), Pisuk stanął przed nie lada wyzwaniem, aby udowodnić dwóm pozostałym członkom Paktofoniki – Fokusowi oraz Rahimowi – i rodzinie zmarłego Magika, że to nie chęć wzbogacenia się na tragedii lidera grupy popchnęła go ku takim działaniom. Po śmierci Magika ustawiała się cała kolejka chętnych do stworzenia tego filmu, więc nasuwa się pytanie, dlaczego i Pisuka chłopcy z Paktofoniki nie odesłali z kwitkiem. Jak wyznaje Rahim – „być może przez to, że on nie słuchał hip-hopu, nie znał do końca tego środowiska, stwierdziłem, że może warto z nim porozmawiać”.

            Na takich filmach jak „Jesteś Bogiem” ciąży jedna istotna rzecz. Skoro tak wiele osób na niego czekało, to wymagania wobec produkcji są z pewnością ogromne i widać to po skrajnych emocjach, jakie zdążyła ona wywołać wkrótce po premierze. Faktem jest, że historia narodzin legendy zrobiła na polskiej scenie filmowej niemały harmider…

            Zarzuty pod adresem „Jesteś Bogiem” dotyczą najczęściej tego, że film „rażąco mija się z prawdą”. Nie wszystkie wydarzenia przedstawione są w porządku chronologicznym – na przykład członkowie Paktofoniki poznali się znacznie wcześniej niż pokazuje ekranizacja. Krytycy nie zwracają jednak uwagi na bardzo ważną kwestię; twórcy kinowej historii Magika i jego przyjaciół nie ukrywają, że nie chodziło im o rzetelny dokument, tylko o przedstawienie artystycznej wizji narodzin Paktofoniki i walki młodych ludzi o swoje marzenia. Sfabularyzowanie tej opowieści nie jest minusem – wręcz przeciwnie; nadaje jej uniwersalności, która pozwala dotrzeć do większej liczby widzów. W filmie Magik, Rahim i Fokus są ukazani jako wrażliwi młodzi ludzie, mający pasje i realizujący je dzięki wzajemnemu zrozumieniu i wsparciu, a nie jako „wandale w dresach” szukający bójek na blokowiskach – bo tak, niestety, odbierano (i zdarza się, że nadal się odbiera) środowisko hip-hopowe.

            Kolejne ataki na produkcję Leszka Dawida dotyczą obsady – wielu widzów rażą w oczy różnice w wyglądzie bohaterów. Ale jakie znaczenie ma na przykład to, że Fokus był wyższy? Nie ma żadnego dla widza, który nie wie praktycznie nic na temat Paktofoniki i jej członków. Zresztą, skoro już czepiamy się różnic, to należy też wspomnieć o podobieństwach – filmowy Rahim (Dawid Ogrodnik) ma wrażliwość wypisaną na twarzy, z kolei z Fokusa (Tomasz Schuchardt) emanują zdystansowanie i pozory „twardziela” – kontrast ten jest bardzo zgodny z rzeczywistością. Oczywiście największa presja ciążyła na Marcinie Kowalczyku, który musiał stanąć naprzeciw oczekiwań setek fanów zmarłego Magika. Mimo że to wyzwanie było balansowaniem na krawędzi i łatwo mogło się skończyć porażką, sam Rahim i Fokus, którzy wiernie śledzili, jak rodził się film i byli obecni na planie, przyznają, że intonacja, gesty, zachowanie – że to wszystko dawało wrażenie, jakby przez Marcina przemawiał duch Magika. I o to właśnie chodziło. Internauci często piszą, że mistrzostwo Kowalczyk osiągnął w scenie, w której rapuje „Plus i minus” na klatce schodowej – trudno się nie zgodzić.

            Twórcom „Jesteś Bogiem” udało się pokazać jeszcze jedną rzecz, kto wie – być może właśnie najistotniejszą… Muzyka hip-hopowa nie trafia do wszystkich – to oczywiste. Ale i jej przeciwnicy mają pecha, jeśli nie poznają „ulicznej” muzyki sprzed dekady; Paktofonika bez wątpienia przetarła szlaki przyszłym twórcom polskiego hip-hopu i na swój sposób stała jakimś punktem zaczepienia. Dlatego można ubolewać, że dziś coraz mniej młodych ludzi zdaje sobie z tego sprawę i powoli to wszystko odchodzi w niepamięć. Ale filmowa historia narodzin legendy w ogromnym stopniu przyczyniła się do pewnego zahamowania tego procesu… Umiejętne odtworzenie ówczesnych wydarzeń zaistniałych na polskiej scenie muzycznej i opakowanie ich w artystycznej wizji przyciągnęło do kin setki tysięcy osób i sprawiło, że głos Magika rozbrzmiewa na nowo…

sobota, 29 września 2012

Mały gest, a cieszy

                28 i 29 września - zbiórka żywności w sklepach w ramach akcji Podziel się posiłkiem. Z racji, że nasze LO się w nią włączyło, to miałam okazję, żeby sama coś w tej kwestii zrobić i dzisiaj, wraz z innymi z naszej szkoły, rozdawać przy wejściu do sklepu ulotki informacyjne, czyli po prostu - propagować zbiórkę i sprawić, żeby jak najwięcej osób, które przychodziły na zakupy, kupowało o ten jeden produkt więcej i napełniało nim koszyki przy wyjściu - wszysto dla niedożywionych dzieci.
                Cóż mogę powiedzieć... Bardzo chętnie postałam te półtora godzinki (tym bardziej, że nie byłam sama i miałam towarzystwo), bardzo fajne, moim zdaniem przynajmniej, zajęcie i oczywiście bardzo pożyteczne, ale... ale z moimi słabymi nerwami i uczuleniem na - jak ja to nazywam - podludzi nie jest łatwo znieść głupie komentarze samolubnych idiotów i pseudointelektualistów, którzy nie dość, że sami nie pomagają, to jeszcze zawadza im, że pomaga ktoś inny.
                Starłam się z różnymi osobami - jedni odwzajemniali nasze uśmiechy, czytali z zainteresowaniem treść ulotek, a na końcu, odchodząc od kasy, wrzucali coś do koszyków (tych było najmniej, niestety), drudzy mówili "Nie, dziękuję" lub "Nie, już dostałem/am taką ulotkę", nie biorąc od nas karteczek, inni przechodzili bez słowa i nas "olewali". Wielu było takich, którzy brali ulotki zupełnie odruchowo lub "dla świętego spokoju". Jednak najgorsi byli ci, którzy i nie brali ulotek, i nie mieli zamiaru kupić dodatkowo tego jednego opakowania konserwy czy makaronu, i w dodatku prawili nam - niby rzeczowe i logiczne - karcące kazania. Chociaż było ich tyle co nic, to skutecznie podnosili mi - i pewnie reszcie wolontariuszek - ciśnienie. Szczególnie taki jeden facet...
                Stałam z koleżanką z klasy, miałam dobry punkt obserwacyjny, żeby przez przeszklone drzwi widzieć, gdy ktoś wchodził do sklepu i przygotować się do wysilenia na życzliwy uśmiech i powiedzenie równie życzliwego "Proszę". Stałyśmy. Zauważyłam, że po schodach ku wejściu schodzi (bo ten sklep jest jakby "w podziemiach) jakiś mężczyzna. Miałam złe przeczucia, że to jeden z podludzi, z którym dojdzie do niemiłego incydentu, bo wyglądał baaardzo nieprzyjemnie - niesłychanie gruby (mówię to tak na marginesie, żebyście sobie mogli lepiej go wyobrazić, nie mam w zwyczaju oceniać ludzi po tym, czy są "puszyści, czy nie), pomarszczona twarz wykrzywiona w nieprzyjemnym grymasie, chwiejny krok i papieros w ręce. Obserwowałam, jak przystanął i zgasił nogą peta. Weszedł, koleżanka dała mu ulotkę. Ledwo na nią spojrzał i - dosłownie - warknął: "Co to jest?!". Koleżanka mu wyjaśniła po krótce, na czym polega akcja, na co on wyskoczył nam z całą litanią swoich pseudointelektualnych racji i bełkotał coś, że nie ma forsy na jedzenie dla swoich dzieci, więc nie da tym bardziej dla obcych. Aha, jeszcze przedstawiał nam swoje jakże "genialne" wyliczenia, że jeżeli kupi ten jeden produkt więcej i wrzuci go do naszego koszyka, to jedno z jego dzieci nie zje przez to obiadu. Ech, tak bardzo bym chciała mieć więcej cierpliwości... Bo miałam szczerą ochotę, żeby zakopać facetowi w to jego wielkie brzuszysko, którym zablokował nam dostęp do innych klientów wchodzących do sklepu (i tym sposobem nie dostawali oni ulotek) i wykrzyczeć mu prosto w tę jego zapijaczoną - przepraszam najmocniej - mordę, że człowiek, który nie ma czego wrzucić do garnka, nie zajeżdża na trzy metry wódą i papierosami. Przekonałam się, co pani pedagog miała na myśli, mówiąc, żebyśmy nie zwracali uwagi na żadne głupie komentarze. Nie myślałam tylko, że to może być takie trudne... Dobrze, że moja koleżanka potrafiła jakoś zbyć jego i te jego bełkoty, bo jeszcze parę sekund i szlag by mnie trafił... Nie sądzę, żeby tak wyglądał człowiek, który nie ma co jeść albo nie ma co dać jeść swoim dzieciom. Za chwilę odszedł i zniknął między sklepowymi półkami. Nie zdążyłam jeszcze się uspokoić, a wychodził. Gdy się zbliżał, zaczęłam powtarzać sobie w duchu: "Tylko spokojnie, Milena, tylko spokojnie". Jak się można domyśleć, przystanął znowu, po raz kolejny blokując nas swoim "bębnem" i - zapalając kolejną fajkę - powtórzył swoje (pff...) przemyślenia. Wprawdzie bełkotał i tylko co trzecie jego słowo było do rozszyfrowania, ale tak tłumaczać z pijackiego na polski, powiedział mniej więcej: "Ludzie już od tego odchodzą, ludzie już na takie rzeczy nie dają". Chyba podludzie, pomyślałam sobie. I wyszedł. I gdy tylko wyszedł, powiedziałam - już na głos: A żebyś się zadławił tym swoim petem! Teraz sobie jeszcze myślę, że dobrze by było, gdyby dziś przyśniło mu się głodne dziecko, proszące dużymi, smutnymi oczami o kromkę chleba. Życzę mu tego z całego serca! Nie jestem pewna, ale zdaje się, że tym, co kupił, była kolejna "używka"... Pozostawię to bez komentarza.
                Facet naprawdę wyprowadził mnie z równowagi. Pierwszy raz brałam udział w takim czymś, więc nie jestem przyzwyczajona do ego typu sytuacji. Ja przepraszam, ale trudno szukać usprawiedliwienia, dla kogoś, kto tak bezczelnie najeżdża na innych i zgrywa pokrzywdzonego, choć stać go, żeby wlewać w siebie alkoholowe świństwa i kopcić jak smok. Co innego taka jedna kobieta, która dość nieprzyjemnie powiedziała nam, że nie chce ulotki - ale była z dziećmi i biorąc pod uwagę, że na nie wrzeszczała i widocznie była wściekła, duża część mnie przymykała na jej zachowanie oko. U niej mogłabym jeszcze szukać obiektywnego usprawiedliwienia, ale u tamtego pijusa - nie!
                Byli też lepsi ludzie - szczególnie sympatyczne były emerytki, co ani trochę mnie nie dziwi. Po pierwsze, wiele z nich mieszka w pobliskich bloczkach, z tego co wiem. Po drugie, łatwo się domyśleć, że - skoro żyją w swoich mieszkankach same ze swojej renty (większej lub mniejszej), to nie mają oporów, żeby podzielić się pieniędzmy, bez których one przeżyją. Tym bardziej, jeśli rzecz dotyczy niczemu niewinnych dzieci. Jedna pani wzięła ulotki dla sąsiadek, inna z nami porozmawiała, mogłyśmy jej podziękować, bo coś wrzuciła. Wychodząc, powiedziała: "No, to bardzo się cieszę, że mogłam spełnić swój obowiązek". Cholernie głęboko utkwił mi w głowie jej ton i same te słowa. I - nawiązując do nich - myślę sobie, że ta pani, wracając do zapewne skromnego i pustego mieszkanka, musiała mieć przed oczami obraz dziecka jedzącego zupę i być z siebie zadowolona. Powinna być. A jeśli chodzi o tego podczłowieka, to pewnie - po wyjściu ze sklepu - w tym swoim zapijaczonym łebku albo nie miał nic, albo w duchu bulwersował się tym, że na nas trafił. Dlatego strasznie bym chciała, żeby przyśniło mu się to, o czym wcześniej wspomniałam. Na lepszy sen nie zasłużył.
                To był z całą pewnością jedyny dzień w moim życiu, w którym powiedziałam tyle razy słowo: "Proszę". Nogi mnie bolą cholernie. Cały czas mam ochotę udusić tego faceta. Bycie wolontariuszem może być męczące, ale jest piękne i to była pierwsza taka moja inicjatywa, lecz na 100% nie ostatnia...
 

piątek, 21 września 2012

Recenzja "Zakochanych w Rzymie"

Tyle się dzieje, a ja nie mam czasu na codzienne blogowanie i raczej mieć go nie będę....
W tej sytuacji pozostaje mi to jakoś rekompensować tym, że raz na jakiś czas będę zamieszczać swoje recenzje, itp. No bo jestem w klasie lingwistyczno-dziennikarskiej i piszę tak czy siak.
 
Dzisiaj recenzja najnowszego filmu Woody`ego Allena "Zakochani w Rzymie", który ostatnio miałam okazję obejrzeć w kinie, w ramach członkostwa w Szkolnym Klubie Filmowym.
Miłego czytania.
 
Allenowski humor z włoskim posmakiem
 
            Po filmowych podróżach do Londynu („Scoop" i „Wszystko Gra”), Barcelony („Vicky Christina Barcelona”) i Paryża („O północy w Paryżu”) Woody Allen zabiera nas na ulice wiecznego miasta… W nowej komedii, pt. „Zakochani w Rzymie” przedstawia cztery różne historie, ilustrujące interakcje mieszkańców Rzymu z Amerykanami. Umiejscowienie bohaterów w mieście ociekającym humorem i temperamentem okazało się strzałem w dziesiątkę – Allen udowodnił, że jego wypaczenie twórcze jest bzdurą i że nadal potrafi pokazać na dużym ekranie tego Woody`ego, w którym zakochał się świat kina.

            W „O północy w Paryżu” mieliśmy zaserwowaną jedną historię, za to świetnie pociągniętą – na tyle świetnie, by zasłużyć na Oscara. Tym razem historie są cztery, a ich fragmenty przeplatają się ze sobą nawzajem. Czy ten pomysł był trafiony? Niekoniecznie… Mimo że każdy wątek jest na swój sposób wyjątkowy i opowiada o czymś innym, to po jakimś czasie można mieć w głowie mętlik, a sam dowcip zawarty we wszystkich czterech historiach staje się nudny i przestaje śmieszyć. Nie wszyscy odbiorcy są w stanie nadążyć za tym szalonym humorem.

            Tę nie do końca udaną koncepcję wymieszania wątków Allen rekompensuje dwoma rzeczami – magią wiecznego miasta oraz znakomitą obsadą. Co do tej pierwszej, bardzo dobrym tłem i właściwie to podstawą „Zakochanych w Rzymie” jest właśnie wieczne miasto – widoki na jego ulicach zmiękczają widza i wprawiają go w rozmarzenie. W parze z ukazaną cudowną architekturą idzie muzyka, słodząca uszy nastrojem włoskiego amore; we wstępie słyszymy Nel Blu Dipinto Di Blu (Volare) – coś, co, zdaje się, znają wszyscy i dzięki czemu wszyscy wypływają na wody romantycznej, włoskiej magii.

            Jeśli chodzi o obsadę, to ja dzięki niej mogę Woody` emu wybaczyć nawet to, że momentami nie byłam w stanie iść ramię w ramię z tym wariactwem przeplatanych wątków… Trudno byłoby mi powiedzieć, którą rolę uważam za najlepszą, a którą za najgorszą – wszystkie urzekły mnie tak samo. Allen wiedział, co robi, kiedy Jesse`go Eisenberg`a uczynił neurotycznym Jack`iem, Ellen Page czarującą manipulantką, Roberto Benigni` ego przeciętnym przedstawicielem klasy średniej, który z dnia na dzień zostaje słynnym celebrytą, a Aleca Baldwin`a doradcą w sprawach sercowych niestałego w uczuciach Jacka. Nie można nie wspomnieć o Penelope Cruz, która świetnie wcieliła się w postać luksusowej prostytutki. Oczywiście wisienką na torcie jest sam Woody Allen jako filmowy Jerry. Gra emerytowanego desperata, nie potrafiącego pogodzić się z tym, że nie czekają go już żadne wielkie sukcesy, przychodzi mu z zadziwiającą łatwością i emanującą prawdą, bo przecież jest to reżyser we własnej osobie… Woody skończy w tym roku 77 lat, a mimo to nie sygnalizuje zakończenia swoich filmowych wojaży. Ba, zapowiada kolejne plany w swej karierze i widocznie nie w głowie mu emerytura, kominek i ciepłe kapcie. To szczere utożsamienie z wykreowanym przez siebie bohaterem sprawia, że widzowie pokochali filmowego Jerry`ego i jego sarkastyczny wizerunek – który jest przecież także wizerunkiem Allena.

            Trudno polecić lub odradzić obejrzenie „Zakochanych w Rzymie”. Stali konsumenci allenowskich produkcji mogą powiedzieć, że nowy film reżysera to tylko odgrzewane kotlety, a wprowadzenie bohaterów do wiecznego miasta to jedynie przykrywka monotonnego schematu podobnych do siebie wątków. Jednak wielu miłośników tego zwariowanego humoru chętnie skosztuje po raz kolejny uczuć i dowcipu w mistrzowskim opakowaniu – tym razem z włoskim posmakiem.  I oczywiście ci, którzy dotychczas nie mieli okazji bliżej poznać istoty geniuszu Woody`ego, powinni pokusić się o rozpoczęcie przygody z jego produkcjami. Zdaje się, że Rzym jest idealnym miejscem na pierwsze spotkanie z tym fenomenalnym twórcą.

sobota, 28 lipca 2012

Nie taki straszny amstaff


                Maszerujesz chodnikiem. Mijasz kolejnych przechodniów, nie zwracając na nich większej uwagi. Zaabsorbowany jesteś myślami o tym, gdzie i po co idziesz. Z zadumy wyrywa cię widok zbliżającego się do ciebie chłopaka i psa, którego prowadzi na smyczy. Zwierzę to ma silną, zwartą budowę, krótką sierść i… potężną szczękę. Na szerokiej mordce nie ma kagańca, co przyprawia cię o gęsią skórkę. Jesteś przekonany, że jeżeli psu coś się w tobie nie spodoba – a prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw jest, twoim zdaniem, ogromne – to z całą pewnością stracisz rękę, albo, co gorsza, nieprzewidywalna bestia bez ostrzeżenia skoczy i rozszarpie ci gardło, zanim jej opiekun zdąży w jakikolwiek sposób zareagować. Co w takim razie zrobisz? Pewnie przejdziesz na drugą stronę ulicy lub wylejesz pod adresem chłopaka prowadzącego swojego pupila potok nieprzyjemnych dla niego uwag o nieodpowiedzialności i tak dalej. Albo jedno i drugie.
                American Staffordshire Terrier – znany także pod potoczną nazwą amstaff – przez lata był utożsamiany z agresją, zabijaniem i wrogością wobec ludzi i zwierząt. Patrząc na jego ogromną szczękę, większości osób niespecjalnie interesujących się rasą staje przed oczami obraz walczących na arenie psów – krwawych starć na śmierć i życie. Nie bez powodu – hodowcy pracujący nad amstaffami mieli na celu stworzyć prawdziwego psiego gladiatora; zwierzę miało być silne, odporne na ból, agresywne wobec innych zwierząt (lecz nie wobec ludzi) i mieć bardzo silną szczękę, której zaciśnięcie na gardle rywala było równoznaczne z jego śmiercią. Więc wszystko jasne – amstaff to nieco unowocześniona wersja niegdysiejszej maszyny do zabijania. I to twierdzenie trafia do ludzi jako poważne ostrzeżenie, żeby nie ufać wesołemu psiakowi i jego opiekunowi.
               Ogień niechęci do tych zwierząt podsycają żądne sensacji media, serwując masie jak najwięcej donosów o pogryzieniach. Ciekawe jest to, że robiąc reportaż czy pisząc artykuł o tego typu sprawie, autorzy starannie dbają o wykreowanie wizerunku złego amstaffa, ale słowem nie pisną o jego złym właścicielu. Zawsze wyeksponowany jest opis psa rozszarpującego małe dziecko, ale nigdy nie powie się o opiekunie, który głęboko w tyle miał socjalizację szczenięcia, nie reagował, kiedy kilkuletni chłopiec – syn znajomych – tarmosił zwierzę za uszy i ciągnął je za ogon. I – rzecz jasna – pomija się fakt, że ten niby krwiożerczy amstaff spędził całe życie w ciasnym boksie czy na łańcuchu i że pochodzi z pseudohodowli. Ludzie chętnie kupują takie historie, także nic dziwnego, że na każdym kroku spotykamy się ze stereotypem psa potwora.
                U jednych teriery typu bull budzą strach,  u innych – fascynację. Bardzo często zdarza się, że marzenie o posiadaniu amstaffa wiąże się z chęcią zaimponowania innym czy podniesieniu poczucia własnej wartości. Tym sposobem pojawia się kolejne głupie skojarzenie – zwykło się uważać, że właściciele przedstawicieli tej rasy to młodzi mężczyźni, „zakapturzeni”, pijący alkohol i wdający się w osiedlowe bójki. Dziewczyny – nie kupujcie amstaffów, bo przechodnie będą patrzeć na was, jak na przybyszów z kosmosu.
                Wygląd i historia rasy, a także wspomniana przed chwilą chęć zaimponowania, ciągnie za sobą całą procesję przykrych dla psów konsekwencji… Atuty amstaffów zamydlają oczy osobom marzącym o psie dla „szpanu” na istotne reguły obchodzenia się z tymi zwierzętami. Skutkiem jest masowy przypływ terierów typu bull i psów w ich typie w schroniskach. Świeżo upieczeni właściciele szybko zaczynają skarżyć się na niekontrolowaną agresję podopiecznego w stosunku do domowników i gości (zarówno tych dwu, jak i czworonożnych) i tak tłumaczą porzucanie wymarzonego przyjaciela. Szanse schroniskowego amstaffa – choćby nie wiem jak pięknego i spokojnego – są niemal zerowe… Nie dość, że jest amstaffem, to jeszcze z nieznaną przeszłością. A informacja o powodzie oddania go do schroniska już całkowicie pozbawia go możliwości znalezienia nowego właściciela. Za kratami schroniskowych boksów taki pies wręcz usycha. I tym sposobem mamy smutny koniec maszyny do zabijania.
                Jedna, bardzo istotna rzecz – dlaczego to psy płacą za ludzką głupotę? Nieodpowiedzialność, stereotypy, historia rasy – to wszystko spoczywa nie na barkach winowajców, tylko zwierząt, które przecież wcale się nie prosiły o taki żywot. Skoro już spotyka je taki los, to wypadałoby im to chociaż częściowo wynagrodzić. Nie patrzmy więc na amstaffa z dziesięciokilometrowym dystansem, bo są to wspaniałe psy i we właściwych rękach mogą być świetnymi kompanami. Tak naprawdę dobrze ułożony, spokojny amstaff jest zdecydowanie mniej niebezpieczny od agresywnego, źle wyszkolonego labradora atakującego wszystko, co się rusza. Mądry właściciel – mądry amstaff.

Kilka schroniaków

                Ponieważ duża część czytelników to moi znajomi, mieszkający w tej samej okolicy, co ja – przedstawiam Wam kilka wspaniałych amstaffów czekających na dom w schronisku w Radomiu, które jest najbliższym w regionie. A nóż któryś z nich podbije czyjeś serducho. J


Bolek [KLIK]

Farys (Nero) [KILK]

Joda [KLIK]

Mirra [KILK]

Opal [KLIK]

Puzon [KLIK]